“Postanowiłam, że umrę dopiero na starość…”

Poznajcie historię Pani Marii, której los nie oszczędzał od najmłodszych lat – z całą swoją liczną rodziną została wygnana z domu rodzinnego przez NKWD i zesłana na Syberię, gdzie losy rodziny były dramatyczne – śmierć matki, głód, skrajny niedostatek, sierociniec… Mimo wszystko Pani Maria nie straciła wiary w ludzi, a po powrocie z Syberii z czasem stworzyła swój raj na ziemi i aktywnie wspiera proekologiczne inicjatywy. Oddajmy jej głos:

***

W dzieciństwie, kiedy przebywałam w sierocińcu w Sajramie, zaciskając piąstki postanowiłam, że umrę dopiero na starość, nie tak przypadkowo. Właśnie obecnie nadeszła ta starość, całkiem znośna jeszcze, trochę śpiewająca, z iskierkami ciekawości i zachwytu, ponieważ: chodzę z Jerzym razem „leśną dróżką, gdzie konwalie są” – jak w piosence z sierocińca królewicz z królewną. A konwalii tutaj kwitnie bardzo dużo na wiosnę, także łany zawilców. Zaś nieco wcześniej wokół naszego domu zakwitają szeroko cebulice syberyjskie, w tym także puszkinie, które z upodobaniem nasadziłam, na chwałę Życia.

Opowieść została napisana w dużej mierze na podstawie wspomnień mojego rodzeństwa z naszego życia rodzinnego – przedwojennego i na Syberii, zapamiętanych przeze mnie w dzieciństwie i wczesnej młodości, które dodatkowo zostały sprawdzone i uzupełnione w czasie pracy nad tekstem.

***

Nie pamiętam, jak znalazłam się w sierocińcu. Prawdopodobnie było to w tym czasie, kiedy w kołchozie pogorszyły się nasze warunki bytowe i dotkliwie cierpieliśmy z powodu głodu. W każdym razie ojciec, dopóki udawało się pozyskać mleko, trzymał mnie przy sobie. Zawiózł mnie do sierocińca w Sajramie, około 100 km od naszego kołchozu, ponieważ tam przebywała moja starsza siostra, a także spodziewał się w tym miejscu lepszych warunków niż w pobliskim Burnoje, gdzie również znajdował się sierociniec. Na osłodę mojej rozłąki z rodziną przywiózł mnie razem z dużym pszennym plackiem, który to rarytas bardzo rzadko jadałam. Przed pożegnaniem ukroił kawałek tego placka z naroża i dał mi do zjedzenia, a pozostałą dużą część całości przekazał Stasi na przechowanie z nakazem, żeby mi dawała codziennie po kawałku.

***

Zanim nas wygnano z posiadłości, wcześniej krążyły pogłoski, że to nastąpi, ale miejscowi komuniści (składający się głównie z biedoty wiejskiej, którą szybko pozyskali Sowieci) zwołali zebranie, na którym zostały zdementowane rzekome pogłoski. Zapewniono zaś, że żadnych wywózek miejscowej ludności ani też zabierania ich mienia nie będzie i każdy będzie mógł nadal pracować na swoim. Jednakże niedługo po tym zebraniu, w mroźną noc lutową, zbudziło rodzinę ostre dobijanie się do drzwi naszego domu. Za drzwiami stał oficer NKWD i kilku przedstawicieli partii z najbliższej miejscowości. Oficer oświadczył, że ma nakaz przeprowadzenia rewizji, ponieważ według doniesień ojciec jest nielegalnym posiadaczem broni. Posadzili ojca pod bronią i myszkowali po całym domu, ale też kazali podać sobie chleb i mleko do jedzenia. Broni nie znaleziono, ale mimo to padł rozkaz pakowania się do transportu.

Matka starała się wszystkich ciepło ubrać „na cebulkę”, ile się tylko dało, ponieważ oficer zapowiedział, żeby przygotowali się na długą drogę i zabrali jak najwięcej ciepłej odzieży i żywności. Kiedy ojciec wydostał ze spiżarni beczkę słoniny, zaraz dobrali się do niej miejscowi komuniści i zaczęli wyciągać z niej połcie cennego jadła, ale dowódca powstrzymał ich od rabunku. Rozkazał zwrócić ojcu beczkę z jej zawartością, toteż ojciec dorzucił do niej jeszcze wędzone kiełbasy i wspólnie załadowali to na wóz. Rodzinie udało się też zabrać ze sobą duży garniec miodu, chleb, jaki został, mąkę, fasolę i inne ziarna. Przy pakowaniu ciepłej odzieży również powstały trudności, bo towarzyszący wydarzeniu mężczyźni co rusz usiłowali jakieś dobra przywłaszczyć, a to ciepłe buty, a to kożuszek, ale na to też nie pozwolił dowódca. Grabież mienia okazała się niemożliwa w naszej obecności, co rozzłościło rozochoconych chętnych, toteż demonstracyjnie zaczęli niszczyć przedmioty kultu.

***

Kiedy mieszkałam w dużych miastach, sądziłam, że wieś pozostanie dla mnie tylko nostalgicznym miejscem w pamięci, a jednak w pewnym momencie powstał w wyobraźni i uporczywie majaczył mi się jakiś dom w wiejskiej głuszy, w gąszczu drzew i krzewów, z własnym rytmem życia. I wcale nie było parcia na jego realizację, tylko zamglone, ukryte pragnienie.

***

Moje życie było wizyjne; marzenia, pragnienia, intuicyjne dążenia, tworzyły w wyobraźni jakby programy, wokół których powstawały samoistnie sprzyjające okoliczności do ich realizacji, a ja tylko łapałam te możliwości ochoczo – tak, że nie bez powodu czuję się, jakbym przez całe życie miała nad sobą boski parasol ochronny.

Doceniam to i nieustannie wyrażam wdzięczność Bogu w podziwie piękna tego świata i poprzez moją jakby podwójną radość życia tej wyposażonej w wielorakie możliwości, stworzonej i ocalonej w niebezpieczeństwie.

***

Powyższe fragmenty tekstu pochodzą z książki Za rok, za dzień, za chwilę… Dzieje rodziny na Kresach i na zesłaniu Marii Pinińskiej. Publikację tę możecie nabyć w sklepie Primum Verbum lub na Allegro.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola oznaczone są *